O mnie

Z rynkiem kapitałowym związany jestem „od zawsze”. Nie wiem skąd to się wzięło, ale Giełda Papierów Wartościowych fascynowała mnie od jej początku – czyli pierwszej historycznej sesji w kwietniu 1991 roku.

Miałem wtedy niewiele ponad… 8 lat i szykowałem się właśnie do I Komunii Świętej.

Pamiętam legendarną hossę z 1993 roku, gdy wszystkie akcje rosły co sesję o 10%. Obowiązkową lekturą były dla mnie wtedy zielone strony Rzeczypospolitej. Próbowałem zrozumieć jakimi zasadami rządzi się rynek. Dlaczego akcje rosną a innym razem spadają.

Do tej pory byłem tylko obserwatorem. Pierwszy samodzielny kontakt z rynkiem kapitałowym to październik 1994 roku – kupno jednostek funduszu powierniczego Pioneer i „Gra Giełdowa” Sztandaru Młodych.

Po wielkiej hossie nie było już śladu. Wykresy wszystkich spółek wyglądały jak wodospady. Wierzyłem, że odbicie przyjdzie lada moment. W Grze Giełdowej postawiłem na Kable. Straciłem kilkadziesiąt procent. Na szczęście tylko na papierze. Straty w funduszu powierniczym były jednak realne.

Pierwsza bessa nauczyła mnie co to jest trend i dlaczego nie warto kupować akcji tylko dlatego, że ich kurs spadł.

Patronite

Pierwsze samodzielne akcje kupiłem po skończeniu 13 lat. Wtedy uzyskałem jakby to powiedział jakiś prawnik „ograniczoną zdolność do czynności prawnych”. Mogłem się dopisać jako pełnomocnik na rachunku maklerskim mojej Mamy i działać już na poważnie.

Pierwszy zakup akcji i kolejna szkoła. Rafako, czyli Raciborska Fabryka Kotłów. Najpierw problemy z realizacją jednego z kontraktów, później wielka powódź z 1997 roku. Kolejna inwestycja i kolejna strata – Pepees. Początki samodzielnych inwestycji to dobra lekcja cierpliwości. Pomogło mi to, że z dystansem podchodziłem do strat. Inwestowałem pieniądze, których nie potrzebowałem w najbliższych latach. Nie wykonywałem dzięki temu gwałtownych ruchów. Nauczyłem się, że oprócz tego co kupić ważne jest też kiedy to zrobić.

Wspomnienia z dzieciństwa mam dziwne – przesiadywanie przez pół dnia na telegazecie i przepisywanie notowań giełdowych. Czasami zdarzało się nie iść do szkoły żeby zdążyć na fixing o 11:30 i późniejszą dogrywkę (to były czasy, że o notowaniach ciągłych nie słyszano).

Spore doświadczenie zdobyte od najmłodszych lat pozwoliło mi po latach zdobyć pracę w biurze maklerskim. Teraz zobaczyłem rynek kapitałowy z drugiej strony. To kolejna cenna lekcja. Teraz miałem lepsze spojrzenie na to jak zachowują się inni inwestorzy, banki, fundusze. Lepiej zrozumiałem pewne mechanizmy rynkowe.

Praca w domu maklerskim to blisko 10 lat kariery. Miałem szczęście do szefów. Wokół mnie same przyjazne osoby. Minusem były ograniczenia dotyczące własnych inwestycji. W zasadzie lepiej było samemu nie inwestować.

Dziś pracuję w finansach ale nie w branży maklerskiej. Przez kilka lat byłem obok rynku – nie inwestowałem zrażony tym jak politycy niszczą giełdę.

Odkryłem jednak coś nowego – crowdfunding. Ma w sobie to co lubię – inwestowanie w spółki kapitałowe, szukanie „wartości”, budowanie społeczności wokół projektu. Inwestowanie w projekty crowdfundingowe ma w sobie coś z romantycznego inwestowania z lat 90-tych. Znów potrzebna jest cierpliwość. Tu nie sprzedasz akcji po 5 minutach od zakupu. Musisz je trzymać nawet kilka lat – jak ja kilkanaście lat temu 🙂

Zapraszam do wspólnego inwestowania!